Ten tydzień wyjątkowo odcisnął piętno na moim zachowaniu. Na ciele także. Mam takie suche ręce! Wracając do tematu, ciągle zauważam u siebie coś nowego. Może wcześniej nie zwracałam na to uwagi, lecz teraz w oczy rzuca mi się wiele detali. Stres jest czymś, co nie istnieje u mnie od egzaminów gimnazjalnych. Dzięki Bogu, zniwelowałam to odczucie do maksymalnego minimum. Kolejną rzeczą jest właśnie tytułowa nieśmiałość i odwaga. Od zawsze miałam problem z poznawaniem nowych ludzi. Nie wiedziałam jak się zachować, zwracać vel Pan/Pani czy nie, błahe szczegóły, a jednak ważne. W każdym razie ciągle łamię bariery, kroczę do przodu z coraz wyżej uniesioną głową. Jestem dumna, że powoli pozbywam się rzeczy, które mnie ograniczają. Kiedy zadzwonił telefon, bez wstydu przeszłam na drugą stronę ulicy i mocno zapukałam w drzwi. Kilka godzin wcześniej siedziałam w garażu na stercie nieswoich książek. Gdzieś na wysypisku toreb leżały dwie repliki samolotów. W powietrzu nadal unosił się zapach preparatów czyszczących. Założyłam hardo nogę za nogę i zaczęłam przeglądać medyczne biblie. Jakoś tak... Chciało mi się płakać.
Może wydawać się, że od tak stanę się lekarzem. Tyle jeszcze przede mną. Wiele ksiąg zakreślonych żółtym markerem. Płakania po nocach, że nie dam rady. Momentu poddania się, by następnie wstać. Dążenia do celu. Mimo wszystko. Tu. Teraz. W tej chwili. Chcę tego do cholery! Chcę i koniec.
A tak odbiegając, znalazłam świetną piosenkę, która o dziwo pasuje do postu. Wklejam poniżej. Rozkoszujcie się, moi drodzy.