Mam takie stany załamania, że nie zdąże. Że jestem do tyłu z chemią. A potem myślę, że ludzie z całkowicie innych profili uczą się pare miesięcy i dostają się za pierwszym razem. Ale znowu przypomnę sobie, że nie jestem wybitna. Serio, jestem mega przeciętna. Nie mam przedmiotu, w którym czuje się swobodnie i go ogarniam w stu procentach. Rok temu jeszcze czułam tak z historią, bo uwielbiałam się jej uczyć i robić miliony kolorowych notatek, a obecny his mnie drażni. Ale wracając, moja koleżanka aspiruje na prawo. I wcale nie uczy się codziennie, zaczyna dzień przed sprawdzianem, zarywa nockę. Też nie jest jakaś wybitna, ale chyba stresuje się mniej ode mnie, bo w tym roku nie umierała z bólu brzucha z miską obok łóżka :D
Dobra, kończe o tej szkole. Pożaliłam się, super. Teraz wpadnijmy w trochę noworocznego optymizmu. Który zapewne minie początkiem lutego.

A kolejny jeden dzień w miesiącu chciałabym spędzić w całości z P., który cierpi najbardziej przez nasze chwilowe spotkania. I przede wszystkim nie chciałabym wtedy narzekać, że następnego dnia będę od rana siedzieć w książkach.
Kiedyś zacznę ćwiczyć... Co powtarzam od roku. Jak nie dwóch.
Miałam nauczyć się jeździć na nartach. Ale to też za rok.
Prawo jazdy zrobię po maturze.
(Co tu jeszcze odłożyć na później?)
Najbardziej żałuję, że nie pójdę do pracy. Moja wakacyjna praca w pizzerii była najlepszym co mogłam przeżyć. Pokochałam tych ludzi z całego serca za ich humor, sposób bycia. Będę żałować, że złoże ustne wypowiedzenie, ale na pewno odwiedzę tę piwniczkę.
Wstawać wcześniej też bym chciała. Chociażby jutro, żeby poczytać Katharsis Szczeklika, który poleciła mi Antler. Zakochałam się do bólu. Dziękuje, kochana <3
Tymczasem już kończę, bo maseczka skamieniała mi na twarzy i jeśli jej nie zmyję to stanę się Jorahem Mormontem z GoT. Buźka, kochani. Do napisania!